Blog kulinarny - codzienne i niecodzienne wypróbowane przepisy, moje pasje... i wiele tego, co trzeba lubić. Zapraszam!
Durszlak.pl
sobota, 27 czerwca 2009
Domowy fast food

Od czego by tu zacząć... Przede wszystkim może od wyjaśnienia tytułu. Otóż niedaleko naszego domu mamy kebab. Podawany jest w bułce lub w tortilli. Dobre to to, no ale nie można za często. Zresztą zawsze lepiej, jak się samemu zrobi.

Miesiąc temu nabyliśmy takie duże tortille i stwierdziliśmy, że zrobimy sobie nasz własny kebab. I tak sobie te tortille leżały, aż dziś mnie natchnęło, ze już pora na nie :) Trochę to naciągane, bo składniki już kilka dni czekały... no dobrze, natchnienie krążyło w około mnie już jakiś czas :) ale dziś mi się chciało za to zabrać w końcu :P I opłacało się! :)

Danie należy do takich, na zasadzie: co sobie nałożysz, to twoja sprawa. Kombinacje wskazane. Ostatnio naszym odkryciem jest feta w takiej tortilli – a więc nie zapomnijcie o niej! :)

Oto co proponuję i co znajduje się na zdjęciach:

Składniki:

4 piersi z kurczaka

1 zielona papryka

1 ogórek kiszony

1 pomidor

¼ główki kapusty

1 mała czerwona cebulka

sos czosnkowy

½ opakowania fety

duże tortille

przyprawa do kebabu

sól

olej

Piersi z kurczaka drobno kroimy, posypujemy dużą ilością przyprawy (ja miałam taką do gyrosu greckiego, ale myślę, że może tu być też mieszanka do kebabu itp.) i dodajemy kilka kropel oleju. Mięso mieszamy i odstawiamy na około pół godziny. W tym czasie na talerzykach przygotowujemy: cienko pokrojoną w paski kapustę, pokrojoną w połówki talarków cebulę, ogórek, pomidor i paseczki papryki. Fetę kroimy w małą kosteczkę. Przygotowujemy sos czosnkowy wg tego przepisu.

Mięso kurczaka przysmażamy na patelni na małym ogniu. Możemy dodać ok. 2 łyżki wody, która i tak wyparuje, a mięso będzie miało czas trochę dłużej się podsmażać.

Gdy już gorąca patelnia z kurczakiem znajdzie się na stole, drugą dużą patelnie rozgrzewamy i na chwilę wrzucamy pojedynczo tortille delikatnie ją rozgrzewając z dwóch stron. Patelnia ma być sucha – czyli żadnych tłuszczy na niej :)

Taka gorąca tortilla ląduje na talerzu. Smarujemy ją sosem czosnkowym. Wrzucamy składniki w ilości takiej, na jaką mamy ochotę. Następnie zawijamy tortille tak jak, np. krokiety z tym, że jeden bok zostawiamy otwarty. Do takiej zwiniętej tortilli można jeszcze wlać trochę sosu na wierzch :)

Danie tak syte, że polecam na obiad, choć pewnie na przekąskę też się nadaje w mniejszej ilości. Smacznego :)

Acha, jeszcze jedno! Resztki, które zostały, zmieszałam i powstała sałatka gyros :P Oczywiście bez tortilli, oleju, no i nie ma w niej pomidorów :) A reszta składników jest wymieszana z resztką sosu czosnkowego :> I całkiem dobre :)

środa, 24 czerwca 2009
Koncert Nine Inch Nails w Poznaniu!

Nie samym chlebem człowiek żyje. Wczoraj marne śniadanie i obiad. Gotująca była myślami bardzo daleko. Od godziny 18.00 zaczynano wpuszczać na teren, gdzie po 22.00 miała zagrać kapela, którą bardzo lubię. Zaczęłam ją słuchać w liceum, słuchałam przez studia i nadal słucham :) Ciekawa jestem, ilu z was ją zna.

Koncert zapowiadał się świetnie. Grupa była pierwszy raz w Polsce. Ludzie od lat czekali na nich. To było więc dla nas wielkie wydarzenie. Szłam w towarzystwie ponad dziesięciu ludzi. Ekipa była mocna :)

Regulamin imprezy był dziwny. Aparatów wnosić nie wolno. Plecaków też. (Ciekawe, jak sobie poradzili ludzie dojeżdżający spoza Poznania). Butelki z piciem – jedna 0,5 zamknięta fabrycznie na osobę. Przed samym wyjściem przeczytaliśmy, że nie można mieć butów z metalowymi częściami. Zgroza – co ja teraz założę zamiast moich starych glanów? Paranoja. Założyłam glany i mnie wpuścili ;) Przynajmniej nie martwiłam się, że mnie ktoś podepcze. Myśleli, że jak tak długo słucham zespołu, to rzucę butem w wokalistę? Albo walnę butem fana stojącego obok mnie? Na koniec konsternacja – a parasol mogę mieć? o_O.

Tuż po wejściu, kiedy juz odetchnęłam z ulgą, kazali nam odkręcić butelki i wyrzucić nakrętkę. No tak... pustą butelką trudno rzucić w wokalistę... Brak mi słów. Zostałam więc bez ewentualnej wody na później.

Grunt jednak, że weszliśmy. W środku ogródki piwne i możliwość zakupu koszulek (ceny 100 zł. lub więcej za jedną). Był czas na wypicie jakiś procentów i dopchanie się pod scenę. „Rozgrzać” miał nas support w wykonaniu grupy Alec Empire. Tragedia. Niby fajnie, ale podejrzewaliśmy playback. Nie ruszyło nas to... czekaliśmy na główne danie :)

A jak zagrał Nine Inch Nails? Klasa sama w sobie! Trent Reznor ma zabójczy głos. Zagrali super. Te starsze kawałki i te stworzone dość niedawno. Również takie mniej znane. Każdy znalazł na pewno to, na co czekał. Wiadomo że nie zagrają wszystkiego, ale byliśmy zadowoleni z wyboru :) Nie sposób wyrazić uczucia, jakie mną ogarnęło. Nine Inch Nails w Polsce? I to w Poznaniu? W dodatku dwie godziny muzyki na żywo, słuchanej spod sceny. Nie wiem, jakimi słowami to jeszcze opisać. Wszyscy witali ich bardzo serdecznie. Co chwilę rozlegały się mocne brawa. Na chwilę nawet wśród widowni widać było biało-czerwoną flagę.

Żal mi było tylko osób w drugim sektorze. Obsługa zawaliła. Mała scena. (Byłam już na koncertach w Polsce robionych z o wiele większym rozmachem). Telebimy zadziałały po półtorej godziny od rozpoczęcia koncertu! Dodatkowo działały z opóźnieniem! Z daleka więc pewnie nic nie było widać. Na supporcie, oprócz tego, że nie działały Telebimy, to jeszcze było złe nagłośnienie. Nieźle prawda?

Jakie wnioski? Nine Inch Nails zagrał świetnie. Trent pokazał klasę. Obsługa koncertu nie spisała się. Wprowadziła zbyt rygorystyczny regulamin, który i tak nie był na końcu przestrzegany. Wywołało to niepotrzebny chaos. Wdzięczna jestem organizatorom tylko za to, że to właśnie u nas, w Poznaniu, odbył się koncert mojego życia.

Zdjęcie musi być. Dziś na zdjęciu dwie płyty, które bardzo lubię. The Downward Spiral oraz The Fragile (choć właściwie prawie wszystkie płyty Nine Inch Nails lubię) oraz bilety na koncert :)

 

Kto nie zna – polecam posłuchać :)

niedziela, 21 czerwca 2009
Muffinki z rabarbarem i muffinki z brzoskwinią i rodzynkami.

Cenię sobie czas wolny zwłaszcza w tygodniu. Nie zawsze przecież ma się ochotę na siedzenie kilka godzin w kuchni. Wielu już osobom nie muszę tłumaczyć jak łatwo i szybko robi się muffinki, bo stają się one coraz bardziej popularne w Polsce i wiele osób je piecze. Dostępna jest coraz większa ilość wszelakich form i masa przepisów. Sprzedaje się też specjalne papilotki. (Których ja nie używam jakoś, bo nigdy nie kupiłam jeszcze. Wysmarowuje więc z poświęceniem wgłębienia w blaszce masłem i obsypuję kaszką manna, i serio – nic się nie przykleja!)

Jak widać więc - jestem fanką tych babeczek. Zwłaszcza, że często z nimi eksperymentuję i zrobiłam już bardzo dużo różnych :) Aż dziwne, że jeszcze się na blogu nie pojawiły. Trzeba nadrobić zaległości!

Dziś mam dwie propozycje. Słodką i kwaśną. Zdania są podzielone, która lepsza :) Każda z propozycji ma zwolenników. Muffinki z rabarbarem orzeźwiają. Są bardzo ciekawe w smaku. Muffinki z brzoskwinią i rodzynkami są słodkie i mniej innowacyjne, ale równie dobre.

Aaa! Jeszcze jedna ich zaleta przypomniała mi się! Są tanie. Np. jeśli oczekują od was nagle przyjęcia w pracy z okazji waszych urodzin, imienin czy czegoś innego, bardzo się nadają. Wzbudzą zainteresowanie i nie wydacie fortuny w cukierni:)

Śmieszy mnie podejście w piekarnio-cukierni, niedaleko mojego domu, gdzie sprzedaje się takie maleńkie muffinki w cenie – 1,80 gr za sztukę. Rozbój w biały dzień! Wolę już sama sobie upiec :)

Dobrze już koniec tego zachwalania. Czas przejść do konkretów :)

Podam najpierw proporcje na ciasto podstawowe do słodkich muffinek. Używam ikeowskiej formy na 12 babeczek.


Składniki:

Suche:

2 szklanki mąki

2 łyżeczki proszku do pieczenia

1 szklanka cukru

Mokre:

1 szklanka mleka

2 jaja

1/3 szklanki oleju (ja używam słonecznikowego)

Bierzemy dwie miski. Większą i mniejszą. Do większej wsypujemy składniki suche i mieszamy. Do mniejszej składniki mokre i mieszamy. Następnie wlewamy składniki mokre do miski ze składnikami suchymi i BARDZO NIESTARANNIE mieszamy (wszystko mieszam zwykłą łyżką, mufiinki mają to do siebie, że dobrze jest jeśli ciasto nie jest dokładnie wymieszane). Koniec :) Wystarczy przełożyć do formy i upiec. (Około 180 stopni do czasu aż zacznie się rumienić góra muffinek).

No ale same muffiny tak zrobione będą mało ciekawe. Trzeba coś dołożyć do środka.

Dziś proponuję dwa rodzaje muffinek.

Muffinki z rabarbarem:

Zanim zrobiłam ciasto, obrałam i pokroiłam rabarbar (dużo go było) w małe kosteczki, i obsypałam delikatnie cukrem. Później wymieszałam go z gotowym ciastem i przelałam do formy do muffinek.

Po upieczeniu przyozdobiłam muffinki jasnoniebieskim lukrem: Zmieszałam cukier puder z kilkoma kropelkami soku z cytryny i kropelką barwnika spożywczego niebieskiego.

Muffinki z brzoskwinią i rodzynkami:

Przy mieszaniu ciasta dodałam rozmoczone chwilę wcześniej, i odcedzone, rodzynki. Dodałam też kilka kropel aromatu rumowego. Napełniłam zagłębienia w formie do muffinek do połowy. Włożyłam do każdego zagłębienia odsączone kawałeczki brzoskwiń z puszki. Zalałam zagłębienia do końca. Po upieczeniu na górę każdej babeczki dołożyłam przyklejone lukrem rodzynki. Lukier wykonałam podobnie jak przy muffinkach z rabarbarem: cukier puder zmieszałam z kilkoma kroplami gorącej wody.

Życzę smacznego :)

wtorek, 16 czerwca 2009
Klasyczny sos pomidorowy

Kiedy zakładałam bloga, chciałam, aby miał przepisy dla każdego. Ucząc się podstaw przewertowałam dużo stron. Wiele przepisów dała mi moja mama. Chcę się podzielić tymi najbardziej sprawdzonymi. Mam nadzieję, że ci, którzy dopiero zaczynają gotowanie, skorzystają z niektórych chociaż propozycji. Dziś więc przepis, który jest dla mnie podstawą.

Bez parówek robię ten sos przy różnych potrawach. Zmieniam jego skład, dodaję różne przyprawy, eksperymentuję. Zawsze jednak pozostają podstawy. To zawsze pomysł na szybki obiad.

 

Klasyczny sos pomidorowy


2-3 łyżki masła

150 g koncentratu pomidorowego

mąka

1 średniej wielkości cebula

cukier

sól, pieprz

śmietanka 12%

 

Kroimy cebulkę drobno. W garnuszku roztapiamy masło i dosypujemy cebulkę. Dosypujemy mąkę, robimy zasmażkę. Dolewamy wody tyle mniej więcej ile chcemy sosu i mieszamy gotując. Sos powinien zgęstnieć. Dodajemy koncertant pomidorowy (Tyle, aby sos miał przyzwoitą barwę, a nie był za blady). Doprawiamy dużą ilością pieprzu, szczyptą cukru i solą do smaku.

Gdy sos jest gotowy, wyłączamy go. Po kilku minutach dolewamy powoli trochę śmietanki i mieszamy.


Nie powinniście się martwić jak za pierwszym razem wyjdzie wam za płynny sos. Wtedy można dodać do gotującego się jeszcze sosu trochę mąki rozrobionej z wodą. Z czasem proporcje dodawania odpowiedniej ilości mąki na początku dopracujecie. Sama robię to na oko i ciężko mi podać konkretną ilość.

Do gotującego się sosu można dodać pokrojoną parówkę. Można podawać z makaronem.

piątek, 12 czerwca 2009
Sos czosnkowy

Pierwsza moja propozycja odnośnie akcji „Wielkie grillowanie” będzie dotyczyć... nie mięsa, nie szaszłyków... ale sosu! Może i mało tendencyjnie zaczynam, ale to bardzo ważna rzecz na grillowaniu :)  Do każdego mięsa się nadaje. Poza tym można go robić w domu do obiadu. Dobry jest też do frytek, jako dip do chipsów na imprezach, do kanapek, można nim polać pomidory  (posypane wcześniej solą i pieprzem i z pokrojoną na drobno cebulą) i myślę, że mogłabym tu wymieniać dalej, ale sami możecie też powymyślać zastosowania :)

 

Zdjęcie marne, bo zostało już mało w miseczce. Ale to tylko przykład, jak szybko zostaje zjadany. Musiałam uciekać z miseczką i w ukryciu trzasnąć zdjęcie, póki coś jeszcze zostało :) Także mamy piękne połączenie na zdjęciu sosu czosnkowego i yyy... liści winogron? Takiego czegoś jeszcze nie próbowałam o_O

 

Składniki:


Duże opakowanie jogurtu naturalnego lub jedna śmietana szczecinecka (12%)

Kilka ząbków czosnku

Wegeta lub sól i pieprz

 

Wykonanie:

Czosnek drobniutko pokroić lub wycisnąć. Wymieszać z jogurtem (lub śmietaną) i dorzucić wegetę (lub sól i pieprz). Wszystko dokładnie wymieszać. Proporcje czosnku i wegety wedle uznania (przeważnie daję około 3 ząbków czosnku).

 
1 , 2